poniedziałek, 14 lipca 2014

Wyruszyłem z Monte Cassino

Wyruszyłem z Klasztoru na Monte Cassino 11 lipca, we wspomnienie św. Benedykta... on ten klasztor założył w V wieku i do dziś jest głównym patronem Europy. Do ciebie św. Benedykcie modlimy się w tej pielgrzymce idąc z trzech miast do Brukseli: oprócz mnie Roman z irlandzkiego maryjnego sanktuarium narodowego w Knock, Grzegorz z polskiego Głogowca. Mamy nadzieję spotkać się 14 września w Brukseli... w Dniu Podniesienia Krzyża Świętego.

poniedziałek, 6 maja 2013

Jan Paweł II - pielgrzymka dziękczynno-intencyjna.

        Sam nie wiem. Może to już faktycznie wiek po prostu. Choć obawiam się, że zaraz zostanę zakrzyczany, że to pospolite lenistwo. A jest tak, że jak się idzie, to się idzie i już. Nie ma problemów ze wstawaniem, ociągania się, potrzebą autodopingu do wykonania koniecznych czynności. Po powrocie do domu to się zmienia...
        Po pielgrzymce „Krukowskiej” dotarliśmy do Szczecina 29-go kwietnia wieczorem. Rano Roman miał spokojne połączenie z Poznaniem. Pojechał. A ja miałem cały niemal dzień na przygotowanie pielgrzymki 1-majowej. Cacy! Sama pielgrzymka też cacy. Tylko czemu dopiero dziś, 6-go, ją opisuję. Sam nie wiem. Może to już faktycznie wiek po prostu...
        1-majowa pielgrzymka dziękczynno-intencyjna za pontyfikat Jana Pawła II i o jego kanonizację okazuje się, rozlała się szerokim kręgiem pośród chrześcijan. Do nas, pielgrzymów miłosierdzia, idea dotarła przez siostrę Asumptę. Podjęliśmy, oczywiście! Uruchomiłem nawet Dominika, choć braciszkowi dzień doczesny gros czasu zabiera. Tak więc „samotrzeć” w drogę się wybieraliśmy, choć każdy gdzie indziej. Ja na ten przykład pomyślałem o Myśliborzu. I pierwotnie pieszko iść chciałem. Około 70km. Dałoby się. Problemem byłoby to, że aby dojść na sensowną godzinę, np. na Godzinę Miłosierdzia, to musiałbym iść nocą. Tymczasem droga, którą nigdy wcześniej nie szedłem, wiodła też przez lasy. Trudno coś takiego zrealizować. No to komandosem nie jestem! Ale na rowerku... tak, to było wykonalne. Rower trzeba było naprawiać. Po jesiennej kraksie. Zakleiłem przebitą dętkę. Powyprostowywałem pogięty bagażnik. Poczyściłem. Lekka konserwacja też została dokonana. Czyta się szybko – naprawy dokonuje dłuuuuugooooo. Około północy zauważyłem, że powietrze z łatanej dętki uchodzi! Zapasowej było brak. Cóż, ponowne klejenie! I żadnej gwarancji, że rano powietrze będzie w kole. A bez powietrza raczej trudno jechać. Cała wyprawa stanęła pod pewnym znakiem zapytania. Spać poszedłem około pierwszej. Chrrrrry! Śśśśśśśś! 6.3o. Ciężko się wstaje. Godzinę później siadam na rower. Na początek przez pół miasta. Na rogatkach okazuje się, że internetowa i ta w telefonie mapa, wyznaczyły mi drogę przez Puszczę Bukową. Miejsce urokliwe, ale krosowe dla mojego rowerka. Bruk i koleiny. Zaczęło się więc fajnie. To pierwszy w sezonie kontakt z siodełkiem. Jak ta „delikatna materia” wytrzyma te wszystkie wstrząsy? Trzeba jechać. Drogi boczne wolne są od samochodów i panoramę piękną oferują, ale bruk jednak jakby troszkę przywoływał do prozy. Wyobraźnia starała się mnie przestraszyć wizją, co to będzie w drodze powrotnej.
        
Jadę. I kontempluję. Jest pięknie. Jak to na pielgrzymce. I te niespodzianki...

Na przykład tam, gdzie mapa wskazuje drogę gminną, dziś jest ogromne, zaorane pole. I już! Rezon straciłem na krótko.

Przedarłem się. I nawet - po żwirówce - trafiłem na regionalną, międzygminną ścieżkę rowerową. Zachód, normalnie! Tak to można jechać. Na półmetku jednak awaria. I na asfalcie wróg czyha. Akurat dojechałem do Bani, gdy zauważyłem, że ponownie trzeba kleić.

W tym miejscu konkretnie już chciałem być w klasztorze na 15.oo. Oj, sprężałem się! To odbijało się oczywiście na wytrzymałości organizmu. I kondycyjnych jego ograniczeń przeskoczyć nie mogłem, i „miękkości” pewnych jego części również. Do Myśliborza wjeżdżałem gdy mój budzik w zegarku wydzwaniał 14.59. To bolało! Ile wcześniej i w tej chwili myśli przebiegło przez głowę! Ile pytań! DLACZEGO?!? Tak chciałem zdążyć. Ale równolegle było i poddanie się. Jako nie mojej woli. Nie ma przypadków. Więc tak miało być. W jakimś celu. I nie koniecznie też ja musiałem jasno to wiedzieć. Najwidoczniej po prostu miałem się poddać. Trudno wyłączyć rozczarowanie. Ale cichość wobec „wyższej woli” świeciła jaśniej. Do kaplicy klasztoru Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego wszedłem w czasie drugiej dziesiątki Koronki. Przyłączyłem się z marszu.

Po to jechałem. Ale w ławce wytrzymać ciężko było. Łapały mnie skurcze w nogi. Przy gwałtownym wysiłku tak bywa. Za to miła niespodzianka tuż po modlitwie. Siostra dyżurująca tego dnia w kuchni zaprosiła mnie i poczęstowała obiadem. Dyskutowanie z mojej strony nie miałoby sensu. Na obiad i tyle. Później chwila rozmowy. Bywałem wcześniej w Myśliborzu. Raz na rekolekcjach, raz na kursie Emaus. Dwa razy doszedłem z pielgrzymką z Rokitna. Kilka razy byłem indywidualnie. A potem już droga powrotna. Nie kombinowałem mimo tych kilku rozczarowań. Owe zaorane pola postanowiłem objechać po prostu. Przy objeździe – jak się okazało - też nie istniała droga widoczna na mapie w telefonie. Ale byłem zbyt zadowolony z jednej strony i zmęczony z drugiej, aby marudzić.




Końcówkę jechałem już po zmroku. Przez las w sporej części. Dobrze, że w większości było z górki. Bo pod górkę prowadziłem rower już pieszo. Tak byłem zmęczony, po tych w przybliżeniu 150km. Z przedmieścia pojechałem już komunikacją miejską, by w domu usiąść około 23.oo. Tak wyglądała pielgrzymka za i dla Jana Pawła II. Bogu niech będą dzięki!
                                                                                                     Wojtek

niedziela, 9 grudnia 2012

Eh, te Miłosierdzie...

Nie ma przypadków, czy tylko ten świat jest taki malutki po prostu? W niedzielę 2-go grudnia , po mszy, pewien ksiądz rekolekcjonista zaczął mówić o Miłosierdziu Bożym. No jak do mnie! Lada moment spotkamy się w gronie pielgrzymów miłosierdzia, a tu, proszę, rzecz o miłosierdziu właśnie. I to nietuzinkowo. Cała kwintesencja. Miłosierdzie, Fatima, Jan Paweł II. I cudy z tym związane. Kapłanem tym był Ksiądz Witold Pietrasiuk, pallotyn posługujący w Chorwacji. Prawda, że wszystko jak dla mnie?! Jestem pielgrzymem miłosierdzia. To z Fatimy wyruszałem rok temu w pielgrzymkę do Asyżu. W tym roku pielgrzymowałem przez Chorwację i spotkałem się tam z serdeczną gościną. Chorwaccy katolicy udzielili mi i Maćkowi (współpielgrzym: szukamyjezusa.pl) noclegu i wsparcia. Poczułem, gdy Ksiądz Witold mówił, że tak Bóg przemawia do swoich dzieci, które uszy mają zatkane jak moje. Zaczekałem na Księdza Witolda. Porozmawialiśmy. Wręczyłem mu mój pielgrzymi krzyż tau, z którym szedłem do Trondheim i jechałem do Manopello. Na co dzień go nie nosiłem, a tym razem akurat ubrałem(!). Ksiądz Protestował. Miałem jednak głębokie przekonanie, że tak ma być. Nie przywiązywać się do przedmiotów. Roman to ćwiczy, a ja podjąłem za nim. U mnie tałka pozostałaby już tylko jako pamiątka. A tam, w Chorwacji, Bóg jeden wie, co przez nią zechce zdziałać. W drugą stronę nabyłem książkę z płytą CD, kwestarski dar, oferowany przez panią z Chorwacji. Temat książki, jak wspomniałem powyżej, zapowiada się wręcz jak lektura obowiązkowa. Całą Ludzką Rodzinę Tobie, Matko Zawierzamy. To tytuł książki. A na płycie Akatyst. Cudowne wykonanie! Często będę słuchał. I zachęcam do znalezienia i wysłuchania. Zapewne w sieci są wykonania Akatystu. Ten mój spiewa Schola WŚSD z Katowic. I płytę, i książkę o Miłosierdziu Bożym zaprezentuję braci pielgrzymów miłosierdzia za kilka dni w Warszawie. Bardzo się na to cieszę.

piątek, 3 sierpnia 2012

Droga na Utoyę

Noclegi w starej rozpadającej się szopie, w betonowym garażu i na werandzie mijanego letniego domku. Czyli komandosi pełną gębą. Bo idę teraz z Romanem. Szybkość bardzo spadła. Zaczęła się pielgrzymka! Bo góry. Jest jazda. O opowiadaniach nie ma mowy. Po prostu nie mam siły i możliwości. Szkoda, bo się dzieje. Pozdrowienia!

sobota, 28 lipca 2012

Wojtek dotarł do Trondheim

Wczoraj, po przejściu pieszo około 2000 kilometrów, Wojtek dotarł do norweskiego miasta Trondheim. Więcej informacji umieścimy wkrótce!

poniedziałek, 23 lipca 2012

Dziennik 22.07.12

22.07.12
Pospałbym jeszcze, oj, pospał. No, ale bardzo chcę być w Røros przed 16. To tylko 35km. stąd, więc całkiem realne. W drodze nic niezwykłego. Ot, podziwianie natury w ciszy. Czyli normalnie. Z tej natury jeden element jest jednak bardzo irytujący. Muchy. Gdy przechodzę przez las, to mam całą ich kompanię za sobą. I co czas jakiś próbuje któraś zrobić sobie ze mnie darmowy środek transportu. Często to się źle kończy dla takiej gapowiczki. Zdarzało mi się przenieść dżdżownicę z jezdni, ale dla much, komarów i meszek nie mam litości. W Szwecji jeszcze, miałem napisać o dwóch rodzajach cierpienia. Pierwszy, gdy muszę mijać słodziutkie poziomki. I drugi, gdy muszyska są natrętne nie do zniesienia. To taki paradoks, że skrajnie różne przyczyny, wywołują podobną emocję. A dziś przeszedłem swoją drogę i tyle mogę o niej powiedzieć. Nie dane mi było znaleźć się w świątyni, gdy wierni wielbią Imię Pańskie. Msza była o 12.3o. Ja doszedłem na rogatki pół godziny po 14.. Za to zaordynowałem sobie totalny wywczas. Na kempingu wziąłem pokoik! Szaleństwo. Ciągle mży, a ja tak pragnąłem wygody. Ot, pielgrzym, co?! Usprawiedliwia mnie to, że stary już jestem, czyli zmęczenie materiału. Za to duża ilość czasu i dostęp do Wi-Fi pozwoliły pouzupełniać zaległości wysyłkowe. No i jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Dziś pierwsza rocznica tragedii na Utoi. Trochę czasu spędziłem przed TV pośród Norwegów. Nawet dzieci zachowywały powagę. I chyba cały dzień na tym programie poświęcony był uczczeniu we wspólnocie tamtej tragedii. Tak, dobrze, że dzień dojścia na Utoję pielgrzymki Idzie Człowiek, wypada 11.